Alicja i Przemek zaufali mi po wymianie kilku maili. Krótkie spotkanie w kawiarni i wiedzieliśmy, że spotkamy się ponownie na ich ślubie.

Zobaczyliśmy się ponownie już kilka miesięcy przed tym dniem – na krótkiej sesji narzeczeńskiej. Czekaliśmy z nią na jesienne, złote kolory – i doczekaliśmy się. Udało nam się trafić na przepiękny, ciepły dzień, a ja zabrałam ich w zupełnie nowe dla nich miejsce. A najfajniej się poczułam, gdy usłyszałam na koniec sesji, że „nie było tak strasznie”! Sesja zaręczynowa ma być także pretekstem do przyjemnych wspólnych chwil, oderwania się od codzienności i nerwów związanych z organizacją ślubu. Musi być fajnie! I dbam o to, by było!

Ślub odbył się w lutym. Przepiękna fara w Pucku rozświetlona tylko światłem żyrandoli i wieczorny, zimowy spokój. W zimie wieczorami panuje taka niezwykła cisza, która aż wibrowała, gdy jechaliśmy niemal pustymi drogami do Władysławowa na weselną zabawę – jedną z bardziej roztańczonych w tym sezonie.

Bardzo marzyłyśmy z Alicją o białej zimie i sesji w śniegu, a zamiast niej było mocne słońce i pierwsze nadchodzące nieśmiało ślady wiosny. Złapaliśmy trochę popołudniowego światła w zieleniejącym lesie. Mimo, że wiosna się dopiero zaczynała, roślinność już całkiem raźno budziła się do życia.

Musieliśmy też pojechać nad morze – byliśmy co do tego zgodni. Rewa była pełna spacerowiczów, złaknionych już chyba wiosennego ciepła, ale udało nam się znaleźć nie tylko miejsce parkingowe, a i odrobinę spokoju i zacisznej samotności. I załapaliśmy się na przepiękne światło zachodzącego słońca.