Trafili do mnie – bo polecili im przyjaciele.

O mały włos byśmy się nie spotkali. Facebook po raz pierwszy wykręcił mi numer i za wszelką cenę nie chciał pokazać wiadomości od Pauliny. Jakimś cudem udało mi się ją przeczytać – ale trzy tygodnie później! Na szczęście – ciągle szukali fotografa na swój ślub. To musiało być przeznaczenie. Od pierwszej chwili się polubiliśmy – niezwykle mi zaimponowali. Młodzi ludzie, pełni pasji i zaangażowania w przyszłą lekarską karierę. Rozmawialiśmy o tym, jak chcą urządzić swój ślub, o czym marzą, by robić po studiach, o grach planszowych i fotografii. Jadąc do nich w dniu ich ślubu wiedziałam, że to będzie cudowny czas.

Wymarzyli sobie ślub w plenerze – i chociaż pogoda była tego dnia kapryśna, na zmianę wychodziło słońce i padał deszcz – nikomu to nie przeszkadzało. Pachniało lasem, stadniną, a oni spokojnie razem szykowali się do swojej ceremonii. Prawdziwy ślub w rytmie „slow”. Z własnoręcznie zrobionym pudełkiem na obrączki, pięknym wiankiem Pauliny i skupieniem na tym, co najważniejsze. I nawet urzędniczce udzielił się chyba ten nastrój, bo to był jedna z najmilszych uroczystości cywilnych, na których byłam!

Restauracja Tabun zadbała o przepyszne jedzenie – świeże, z warzywami z własnego ogródka, rybami z okolicznej wędzarni i tym słodkim stołem… Do dziś się rozmarzam, gdy je wspominam. A co to były za tańce! Imprezę rozkręcała niesamowita djka Anna Panter, ale gości nie trzeba było długo namawiać do szaleństw na parkiecie.

A mi tak przyjemnie się obserwowało rodzinę i przyjaciół Pauliny i Sławka, którzy w tym dniu promienieli szczęściem. I samych zakochanych, którzy tak pięknie skupiali się na sobie, na świętowaniu tego dnia. Paulinę, która ma najbardziej uroczy, nieśmiały uśmiech z wszystkich moich Panien Młodych. I Sławka, który wpatrywał się w nią z tak ogromną miłością za każdym razem, gdy na nią spojrzał.

Po takich ślubach wracam naładowana tak pozytywną energią, że śpiewam w samochodzie. Tym razem też się wydzierałam całą drogę do domu z Otomina!